niedziela, 13 września 2009
Studia Justyny – obserwacje męża
Justyna czyta, czyta i jeszcze raz czyta. I mam nie przeszkadzac, bo ona czyta. Końca tego nie widac. Aha, i teraz to ja chodzę wcześniej spac.
Justyna szybko się wciągnęła w rytm studiowania, który – przyznam – jest zdecydowanie inny niż w Polsce. Widac to przynajmniej po ilości czasu spędzanego na przygotowania do zajęc. Widac to też po stanie naszego mieszkania. Living room został opanowany przez książki i niezliczone wydruki. Ja zaś mam zakaz wstępu do tego pokoju, bo ponoc rozpraszam...
Fakt studiowania przez Justynę spowodował, że poznajemy nowych ludzi. Ponieważ moja żona jest bardzo uczynna i chce pomóc wszystkim strapionym nowoprzybyłym w potrzebie, jeździmy po okolicznych miejscowościach w poszukiwaniu wyposażenia do mieszkania koleżanek z Francji czy Niemiec.
Poza tym, Law School prowadzi ożywione życie towarzyskie i pragnie integrowac swoich studentów, tak więc uczestniczymy w różnego rodzaju imprezach. Interesujące jest to, że niektóre z tych imprez odbywają się domach samych profesorów, gdzie kadra naukowa chce poznac swoich nowych studentów.
Są też oczywiście jaśniejsze strony tejże sytuacji. Mianowicie, wieczorami, kiedy Justyna jest zajęta, chodze na spotkania dyskusyjne do Dominikanów (debaty prawie jak w Tertio, ale niestety moderatora brak). Dziś również zacząłem swoją przygodę z grą w golfa. Udało mi dziś uderzyc ok. 125 spośród 150 wypożyczonych piłeczek. Jak na pierwszy raz, to ponoc nieźle. Ta gra jest jednak dośc frustrująca – wszystko wydaje się takie proste: jest kij i jest piłeczka. Wystarczy tylko uderzyc...
środa, 29 lipca 2009
Ostatnie dwa miesiące
Wstyd! Nic nam nie pozostaje tylko się przyznać, że zaniedbaliśmy Cię nasz drogi Czytelniku. W celu rehabilitacji postaramy się przedstawić wszystkie nasze większe przedsięwzięcia ostatnich dwóch miesięcy i zamieścimy tonę zdjęć z niesamowitych zakątków USA.
Przez ten miniony czas udało nam się m.in.
przywitać moją siostrę, która przybyła do nas na cały miesiąc,
przeprowadzić się do nowego mieszkania,
udać się do Kanady nad Niagara Falls i Lake Ontario, z którego spoglądaliśmy na Toronto,
jeszcze raz zobaczyć Waszyngton w niezwykłym czasie, bo 4 lipca (czyli podczas narodowego święta, Independence Day),
Szymon mógł też odwiedzić School of Law na Catholic University of America
rzucić okiem na Mount Vernon (rezydencję George’a Washingtona),
przejechać wzdłuż stanów Maryland, Virginia, North Carolina, South Carolina, Georgia (zwiedzić Savannah i m.in. usiąść na ławce, na której siedział Forest Gump opowiadając historię swojego życia) całą Florydę (zatrzymując się na kilku plażach, na Przylądku Canaveral, gdzie znajduje się JFK Space Center/Centrum Kosmiczne oraz w Miami), by ostatecznie wylądować na samym końcu ogonka Florydy - Key West.
Potem jeszcze zaliczyliśmy kilka wycieczek do Nowego Jorku, który w dalszym ciągu pozostawia nam wiele możliwości poznawczych (tu na wycieczce rowerowej na Columbia University i widok z Central Parku na dolny Manhattan)
Wow – nie uwierzyłabym, że tak wiele można zawrzeć w tak niewielu słowach.
Historii i wrażeń z tych dwóch miesięcy mamy mnóstwo.
Już w ten weekend czekają nas nowe, bo wylatujemy do Phoenix w Arizonie na kolejne 6 dni, by potem spędzić 3 dni w Grand Canyon, a na koniec przepuścić trochę pieniędzy w kasynach w Las Vegas.
Ten okres wielkiego podróżowania nieubłaganie się kończy, bowiem już od końca sierpnia zaczynam moje studia na UConn Law School.
PS: Możnaby mieć wrażenie, że nic innego nie robimy, tylko podróżujemy. Prawda jest jednak inna - wbrew pozorom, Szymon pilnie pracuje.
niedziela, 31 maja 2009
Nasze wolne chwile w New Haven
Bardzo dziękujemy za udział w sondzie! Jak widać, Justyna zareagowała i jej debiutancki tekst można przeczytać poniżej. Odpowiadając na wyniki drugiej sondy, napiszę, co robimy na co dzień.
W weekendy spotykamy się z Jialu, studentką z Yale, która pochodzi z Kalifornii i ma chińskie korzenie. Jialu jest naszym przewodnikiem po współczesnej Ameryce. Opowiada, jakie rzeczy ludzie czytają i oglądają. Ponoć najbardziej popularnym wśród studentów jest „The Daily Show” Johna Stewarta – według nas mix Kuby Wojewódzkiego z Tomaszem Lisem. Jialu opowiada też o Chinach, tamtejszej kulturze i tym, czemu USA nie powinny się za bardzo mieszać w wewnętrzną politykę jej kraju. Myślimy, żeby zrobić z nią wywiad na ten temat, bo wydaje się, że taki sposób widzenia Chin może być ciekawy dla Polaków. Jialu jest też naszym pośrednikiem w poznawaniu innych studentów. Dzięki niej poznaliśmy studenta z Law School, który przedstawił nam, jak wygląda studiowanie na Yale i gdzie moglibyśmy się zaangażować.
Rok akademicki na Yale zakończył się niestety w zeszłym tygodniu i teraz jest dość pustawo w mieście. Do tego czasu staraliśmy się wziąć udział w kilku wydarzeniach. M.in. Federalist Society na Yale Law School zorganizowało debatę między Richardem Posnerem i Guido Calabresi pt. Czy sędziowie federalni są prawniczymi realistami? Ujmując sprawę jaśniej: czy sędziowie są tylko urzędnikami, którzy automatycznie aplikują prawo do danego stanu faktycznego, czy też w procesie stosowania prawa dążą do pożądanego przez nich rozwiązania używając różnych technik interpretacyjnych. Jak powiedział prof. Guido Calabresi cytując wypowiedź sędziego Sądu Najwyższego dot. sprawy Brown v. Board of Education (uznającej segregację rasową za niezgodną z Konstytucją): Czym byłoby bycie sędzią, gdybym w określonych sprawach nie mógł podjąć decyzji, którą uważam za słuszną, nawet jeśli muszę „naciągnąć prawo”?
Obydwaj prelegenci – sędziowie federalnych sądów apelacyjnych – są uznawani za przedstawicieli realizmu prawniczego, ale interesujące było usłyszeć, jak obydwaj rozstrzygają swoje sprawy, szczególnie w obliczu dość rygorystycznych zasad dopuszczalności dowodów. R. Posner przyznał na przykład, że zdarza mu się korzystać z Googlemaps i Street view, żeby sprawdzić miejsca, w których miały miejsce zdarzenia będące przedmiotem sporu. Spotkało się to ze sporym zaskoczeniem pośród widowni.
G. Calabresi, którego słyszeliśmy już wcześniej na Harvardzie, powtarzał swoje żarty. Przyznał też, że dopiero kiedy został sędzią, uświadomił sobie, jak wiele regulacji istnieje w USA. Oświadczenie to nie wydaje się być zaskakujące dla dziekana Yale Law School – szkoły, która kładzie nacisk raczej na teorię prawa i metodologię, niż na to, co tak naprawdę jest zapisane w ustawach. Jak to ujął nasz znajomy: w Polsce wydziały prawa skupiają się raczej na tym, jakie prawo jest, a w Stanach jakie prawo być powinno.
Kiedy podczas spotkania nastał czas na zadawanie pytań, prelegenci zaczęli się ze sobą spierać. I żaden nie chciał odpuścić: do danej wypowiedzi od razu była kontra, potem re-kontra, potem re-re-kontra i tak bez końca. To było bardzo ciekawe zobaczyć profesorów, którzy się nie boją sporu na oczach studentów. A studenci, którzy chcieli zadać pytania (a było ich naprawdę sporo), stali cierpliwie w kolejce przy mikrofonie.
Poza tym w poniedziałki i środy wieczór chodzimy na kurs języka angielskiego, gdzie w grupie Turków, Rosjan czy Brazylijczyków czytamy głównie artykuły z New York Timesa, a prowadzący tłumaczą kontekst i różne aluzje do wydarzeń z życia Ameryki, w których NYT się lubuje.
W pozostałe wieczory staramy się zrobić coś dla naszego zdrowia, chodząc na siłownię, basen, grając w koszykówkę lub squasha. Byłem ograniczonym fanem pomysłu udziału w tych przedsięwzięciach, no ale trzeba przyznać: w zdrowym ciele, zdrowy duch. Poza tym mam okazję zaobserwować podczas tych czynności jak wiele osób dba tu o siebie w ten sposób w przedziwnych godzinach, tj. od 5 do 23!
W wolnych chwilach również sporo czytamy. Nasza biblioteka powoli się rozrasta, a stos gazet wyrzucany każdego tygodnia jest pokaźny.
czwartek, 21 maja 2009
Masoni
Codzienne ofukiwania mojego męża stały się nie do zniesienia. Nadszedł czas życiowego przełomu – uginam się pod presją społeczną.
By jednak ten przełom nie był zarazem tylko moją porażką, opiszę część wyprawy, którą Szymon pragnął ukryć przed światem.
Pierwsze miejsce, do jakiego udaliśmy się, będąc w Filadelfii to nie Independence Hall, jak w poprzednim wpisie próbował zatuszować rzeczywistość Szymon. Z samego rana udaliśmy się do Masonic Temple. Znaki Masonów można spotkać w Stanach w każdym mieście, często też widać okazałe budynki będące właśnie świątyniami Masonów. Bardzo mnie to intrygowało, gdyż Masoni wydawali mi się tajną, antykatolicką organizacją. W Europie nigdzie nie spotkałam symboli loży masońskich, nie mówiąc o ich świątyniach. Nimb tajemniczości wokół tej organizacji oraz lokalizacja Masonic Temple 5 minut od naszego hotelu były dla mnie wystarczającymi powodami do zwiedzenia tego miejsca. Nie muszę pewnie nadmieniać, że dla Szymona przekroczenie progu tego budynku nie było takie proste. W końcu jednak po zastosowaniu kilku technik negocjacyjnych, które każda żona z czasem opanowuje (np. Dlaczego zawsze robimy/zwiedzamy to, co Ty chcesz? lub tych bardziej „pod włos”: Czy mógłbyś to zrobić dla mnie, Kochanie?) udało mi się go namówić, pod jednym wszakże warunkiem – żadnych zdjęć z jego osobą! Dlatego też wszystkie zdjęcia z Masonic Temple wyglądają tak:
Czas chyba jednak zakończyć wątki małżeńskie i przejść do faktów. Wolna Masoneria (Freemasonry) to bratnia organizacja, której początki sięgają końca XVI wieku. Obecnie loże masońskie istnieją ponoć na całym świecie (również w Polsce) i zrzeszają 5 mln członków, w tym 2 mln w samych Stanach. Nie będę zagłębiać się w ich strukturę, którą przewodnik nie bardzo chciał nam przedstawiać zasłaniając się tajemnicą. Nadmienię tylko, iż wszyscy Masoni muszą zadeklarować wiarę w „Supreme Being”. Czym miałoby być owo Being, nikt nie wie. Doprecyzowanie tego pojęcia jest niemożliwe przede wszystkim dlatego, że dyskusje o polityce i religii w ramach loży masońskiej są zabronione. Bardzo ciekawy sposób na zachowanie spójności organizacji.
Dla spokoju ducha Szymona, nadmienić muszę, że Kościół Katolicki począwszy od 1738 r. uważa, iż nauczanie Masonów jest sprzeczne z nauczaniem Kościoła i w związku z tym zabrania przystępowania Katolikom do tej organizacji. Nie oznacza to chyba jednak, że nie możemy wejść do budynku, w którym się oni spotykają i czegoś się na ich temat dowiedzieć, prawda?
Tu powinnam zamieścić sondę internetową.
Podczas zwiedzania najciekawsze było jednak dla mnie odkrycie, dlaczego Masoni w USA wydają się być zupełnie inną organizacja niż ta w Europie. Amerykańscy Masoni uważają siebie za oddzielną organizację od tej znajdująca się w Europie (w zasadzie chyba każda loża jest tu oddzielną jednostką i ma pewna swobodę w kształtowaniu swoich zasad). Nie utrzymują oni żadnych kontaktów z organizacja francuską, gdyż ta usunęła ze swoich statutów wymóg wiary w „bóstwo”, przez co akceptuje również ateistów. Dodatkowo Masoni w USA wydaja się zajmować głównie pracą charytatywną, co przyciąga do nich wielu nowych członków i dzięki czemu cieszą się dużą popularnością w społeczeństwie.
Teraz mogę uznać, iż nasza ostatnia wyprawa została opisana w całości i spokojnie mogę wyruszyć jutro w naszą koleją podróż - do Waszyngtonu, gdzie w najbliższy wtorek będziemy uczestniczyć w „non-argument session” w Sądzie Najwyższym!
wtorek, 28 kwietnia 2009
Wielkanoc poza domem (cz. 2) – Filadelfia i Atlantic City
Następnego dnia w Filadelfii wybraliśmy się na zwiedzanie miejsc, gdzie historia USA miała swój początek: Independence Hall. W tym miejscu ogłoszono Deklarację Niepodległości, a potem Konstytucję USA. Miejsce, gdzie owe dokumenty zostały ogłoszone, wygląda tak.
Jest też tam tzw. Liberty Bell – dzwon, którego brzmienie miało roznosić wieść o wolności dla wszystkich mieszkańcow tej ziemi. Oto i on:
Ów dzwon wydaje się być dla Amerykanów tym, czym dla nas jest dzwon Zygmunta w Katedry Wawelskiej. Nie chcąc być nadto ironicznym, nasz ma się dobrze do dziś. Amerykański odpowiednik stoi głuchy – jest poważnie uszkodzony od przeszło 100 lat, ale mimo tego nic nie przeszkadzało, żeby zbudować ogromną legendę wokół tegoż obiektu. Wcześniej – zawieszony na wieży Independence Hall, dzwonił, by wezwać mieszkańców na ogłoszenie Deklaracji Niepodległości. Dziś – zbudowano dla niego oddzielny budynek, w którym 90% przestrzeni zajmuje opis legendy wokół dzwonu. A jest tego sporo i nie chodzi tylko o znaczki pocztowe, czy zabawki dla dzieci. Wizerunek Liberty Bell był używany przy sprzedaży obligacji Skarbu Państwa podczas II wojny światowej, żołnierze odpowiednio się ustawiając tworzyli kształt dzwonu (uwzględniali nawet ogromne pęknięcie). Najważniejsze jednak znaczenie przybrał dzwon w walce o zniesienie niewolnictwa, a następnie segregacji rasowej. Sama inskrypcja na dzwonie do tego wzywała:
Proclaim
Od czasu powstania dzwonu do ostatecznego sukcesu Civil Rights Movement musiało jednak upłynąć trochę wody w rzece Delaware.
Ciekawe było zobaczyć Indepence Hall – miejsce, w którym po bardzo długich debatach ostatecznie stworzono Konstytucję. Jest to fascynujący dokument, który po kilku poprawkach do dziś wciąż świetnie funkcjonuje. Sala, w której obradowano, wygląda tak.
Przechodząc przez starą część miasta natrafiliśmy na muzeum Tadeusza Kościuszki, które mieści się w miejscu, w którym Naczelnik mieszkał po powtórnym przybyciu do USA. Wypuszczony z niewoli rosyjskiej, miał zakaz powrotu do Polski. Wybrał więc miejsce, w którym cieszył się sporą sławą. Mógł też tu uzyskać środki na życie – rząd USA był mu dłużny spore sumy żołdu za walkę z Brytyjczykami w latach 70. XVIII wieku.
Muzeum jest bardzo ciekawie zrobione. Na niewielkiej przestrzeni zgromadzono wiele eksponatów, odtworzono pokój Kościuszki, odtwarzany jest film w kilku językach, można odsłuchiwać przez telefon opowieści o czasach Kościuszki, a nawet sprawdzić zawartość skrzyni z rzeczami podręcznymi, którą każdy z żołnierzy zabierał na front. To była frajda zobaczyć to muzeum.
Przechodząc dalej pomiędzy budynkami starej części Filadelfii, spotkaliśmy Pana z trochę innej epoki, który - jak widać - szybko się dostował do nowej rzeczywistości.
Po południu wybraliśmy się do Chinatown, gdzie Justynę zafascynował sklep z rybami i różnymi pływającymi stworzeniami, które Chińczycy w jakieś tajemniczy sposób przyrządzają. Nie skusiliśmy się jednak na żadne dania – zrobiliśmy tylko zdjęcia.
Potem udaliśmy się na spacer po mieście, gdzie natrafiliśmy na wymowny pomnik upamiętniający niezliczone masy irlandzkich imigrantów, którzy przybywali z Zielonej Wyspy do USA w okresie Wielkiego Głodu w połowie XIX wieku. Wokół pomnika rozmieszczone były tablice opisujące wielką falę imigracyjną. Była też i taka informacja: dziś w USA mieszka ok. 40 milionów osób, które mają pochodzenie irlandzkie. W porównaniu z niespełna 6 milionami mieszkającymi obecnie w Irlandii, to naprawdę duża liczba.
Następnego dnia wybraliśmy się do ostatniego punktu naszej wycieczki – Atlantic City, tzw. Las Vegas Wschodniego Wybrzeża. Miejscowość ta, położona – jak sama nazwa wskazuje – nad samym Atlantykiem, jest siedzibą niezliczonych kasyn, w których szaleństwo gry i hazardu nie ma końca.
poniedziałek, 27 kwietnia 2009
Pierwsza Wielkanoc poza domem – Princeton, Doylestown, Filadelfia
Pierwszą Wielkanoc za granicą chcieliśmy spędzić poza domem – bo w nim nieco pusto bez rodziny i w ogóle trudno było się doszukać świątecznego nastroju wokół. Na kilka dni przed Świętami dostaliśmy jednak od cioci Justyny baranka, palemki i bazie, więc mieliśmy trochę Polski. Dziękujemy też za wszystkie życzenia!
W przeciwieństwie do Polski, nie istnieje tu II dzień Świąt. Jest to normalny dzień pracy. Wolny za to był Wielki Piątek. Mieliśmy więc trzy dni wolnego.
Z samego rana wybraliśmy się w podróż do Filadelfii – miasta bardzo ważnego w historii USA. Została tu bowiem ogłoszona w 1776 roku Deklaracja Niepodległości, a parę lat później w 1787 roku Konstytucja. Filadelfia jest też pierwszą stolicą USA – była nią do 1800 roku. Obecna stolica – Waszyngton był w tym czasie jeszcze w budowie.
Na naszej drodze postanowiliśmy zaczepić o Princeton – kolejny Uniwersytet z tzw. Ivy League (ligi bluszczowej), do której zalicza się osiem najbardziej elitarnych Uniwersytetów w USA. Po Harvardzie i Yale, Princeton zajmuje ponoć 3. miejsce pod względem wartości majątku. Pod względem wyglądu i atmosfery do studiowania w naszym przekonaniu zajmuje zdecydowanie miejsce nr 1.
Położony w małym mieście, pomiędzy Nowym Jorkiem a Filadelfią odznacza się urzekającą architekturą.
Było to miejsce pracy m.in. A. Einsteina czy Johna F. Nasha – sławnego matematyka i ekonomisty, którego historię zekranizowano w „Pięknym umyśle”. Notabene sam film również był tu kręcony. Można obejrzeć krótki filmik i zdjęcia z tego miejsca.
Podczas wizyty udało nam się dołączyć do grupy przyszłych studentów i ich rodziców, którzy byli oprowadzani po Uniwersytecie. W USA w okolicach marca i kwietnia na wszystkich Uniwersytetach odbywa się oprowadzanie uczniów high school, którzy zastanawiają się, gdzie studiować. Aby podjąć ostateczną decyzję, owi uczniowie odwiedzają Uniwersytety, na które chcieliby składać dokumenty. Po Uniwerstytecie oprowadzają studenci – niełatwo ponoć wygrać konkurs na takiego oprowadzającego – którzy opowiadają zabawne historie związane z Uniwersytetem i odpowiadają na wszelkie możliwe pytania. Co ciekawe, pytania pochodziły raczej od zatroskanych rodziców, niż zdać by się mogło obojętnych uczniów. Krótki film z oprowadzania znajduje się tutaj.
Po parogodzinnym spacerze wybraliśmy się w dalszą podróż. Kolejnym punktem programu była świątynia Matki Bożej Częstochowskiej w Doylestown, miejscu zwanym amerykańską Częstochową. Prowadzona przez polskich paulinów, świątynia, w której odtworzono kaplicę Matki Boskiej z Jasnej Góry, jest dziś miejscem pielgrzymek Polaków i Amerykanów polskiego pochodzenia. Najbardziej zaskakujące jest położenie tego miejsca. Pośród pól i łąk wyrasta ogromna świątynia z figurami Matki Bożej, Jana Pawła II, kard. Wyszyńskiego i innych ludzi polskiego Kościoła. Krótki film z tego miejsca znajduje się tutaj.
Po liturgii Wielkiego Piątku, wyruszyliśmy do Filadelfii. Wjazd do miasta nie zapowiadał się zachęcająco – przynajmniej jeśli chodzi o wjazd od strony północno-zachodniej. Ludzie bezdomni na ulicach, rozpadające się bądź spalone domy były sporym zaskoczeniem. Stało to w dużym kontraście z centrum miasta, wypełnionym historycznymi zabudowaniami i szklanymi drapaczami chmur.
Po rozpakowaniu się nie chcieliśmy przepuścić okazji, żeby zobaczyć Filadelfię nocą. Ponieważ hotel był w samym centrum miasta, wybraliśmy się na krótki spacer. Wybraliśmy się w kierunku Pennsylvania Academy of Fine Arts wzdłuż tzw. Avenue of the Arts.
Na końcu tejże ulicy znajduje się budynek znanego muzeum z ogromnymi schodami, gdzie kręcono scenę z filmu „Rocky” – dziś na Youtube można znaleźć masę filmów z ludźmi, którzy imitują tę samą scenę. Co może być dość zaskakujące, przy muzeum został postawiony pomnik... Rocky’ego, który dla niektórych wydaje się być większą atrakcją niż samo muzeum. Niżej podpisany również może być posądzony o taką postawę.
Jedynym usprawiedliwieniem może być jedynie to, że o tej dość późnej godzinie muzeum było już zamknięte
Zrobiwszy kilka zdjęć, wróciliśmy do hotelu. Mieliśmy przed sobą jeszcze półtora dnia w tym mieście.
czwartek, 9 kwietnia 2009
Weekend w Bostonie – dzień drugi (Harvard University)
Drugi dzień rozpoczęliśmy od wczesnej pobudki i porannej Mszy św. u oo. Franciszkanów. Potem poranna kawa w Starbucksie i lektura Boston Globe. Można powiedzieć, że jesteśmy swego rodzaju szczęściarzami, że udało nam się jeszcze zobaczyć papierowe wydanie tej gazety. Na pierwszej stronie widniała informacja: jeśli związki zawodowe nie odstąpią od swoich żądań i nie zgodzą się na cięcia płac, Boston Globe zostanie zlikwidowany przez swojego właściciela... New York Times Co. Myślę, że wielu czytelników dopiero tego dnia dowiedziało się, że ich ukochana gazeta należy do konkurenta. Potwierdził to artykuł w środku wydania poświęcony reakcjom mieszkańców Bostonu na ewentualne zamknięcie ich regionalnej gazety. Czytelnicy się obawiają, że w ten sposób zniknie instytucja, która wielokrotnie ujawniała nieprawidłowości rządzących. Inni wskazują, że nie będą już mieli powodu, żeby wstawać wcześnie rano. No cóż – po raz kolejny Boston może przegrać z Nowym Jorkiem. Tak jak przegrał w konkurencji na usługi morskie w XIX i początku XX w., tak teraz może stracić gazetę. Choć zjawisko znikania lokalnych gazet nie tyczy się wyłącznie Bostonu. Mówi się, że nawet New York Times może zniknąć z rynku papierowych wydań gazet.
Następnym punktem naszej porannego spaceru był wjazd na 52. piętro budynku Prudential, z którego mogliśmy podziwiać panoramę miasta. Planowaliśmy wjechać na piętro nr 50 – na tzw. piętro widokowe, ale kiedy zobaczyłem, że można pojechać jeszcze wyżej, wybrałem liczbę 52. I dobrze na tym wyszliśmy – zamiast płacić $11 od osoby za wizytę na piętrze widokowym, wylądowaliśmy w restauracji, gdzie oprócz widoku, mogliśmy się posilić małym co nieco.
Pogoda dopisała, niebo nie było zachmurzone – widok był więc świetny.
Kolejnym punktem był wyczekiwany od dawna Cambridge, gdzie swoją siedzibą ma Harvard University. Zaledwie cztery stacje metra od centrum Bostonu i już się jest na Harvard Square. Wygląda on tak – film. Tam też spotkaliśmy się z Michałem, który spędził z nami kolejny dzień, pokazując wiele miejsc, do których zwykli turyści nie mieliby dostępu. Zaczęliśmy od Harvard Business School, który – zgodnie z opinią Michała – ma najbardziej okazałe budynki i wyposażenie. Zwiedziliśmy bibliotekę, przestronne lounge rooms, wystawną jadalnię dla studentów. HBS ma także swoje korty tenisowe i różne boiska do uprawiania sportów. Zrobiło to nas naprawdę duże wrażenie.
W drodze na Harvard Yard, przechodziliśmy przez Charles River, na której odbywają się zawody wioślarskie pomiędzy ekipami Harvard University i Yale University (który ma swoją siedzibę w naszym mieście). Pomiędzy tymi dwoma Uniwersytetami od lat istnieje spora konkurencja i to nie tylko na polu zawodów wioślarskich.
Na Harvard Yard, czyli najstarszej części Uniwersytetu (widok można zobaczyć na filmie), zgodnie z tradycją potarłem stopę pierwszego fundatora, Johna Harvard (ponoć każdy, kto to zrobi, kiedyś będzie studiował na tym Uniwersytecie).
Potem przeszliśmy przez inne budynki Uniwersytetu. Byliśmy w głównej bibliotece, ufundowanej przez matkę zmarłego w katastrofie Titanica H. E. Widenera. Był to z pewnością spory wydatek, bo budynek jest ogromny. Jedyny warunek, jaki został postawiony przez fundatorkę, to to że miała się tam znajdować sala upamiętniająca H.E. Widenera. No i tak się stało. Budynek stoi, a w nim sala pamięci. Polskim uniwersytetom przydałoby się kilku takich fundatorów z takimi wymaganiami.
Na samym końcu został Harvard Law School. Ogólne wrażenie: ech... postudiowałoby się tu, oj postudiowało. Michał oprowadził nas chyba po wszystkich budynkach, które co ciekawe, są w większości połączone podziemnymi tunelami z akademikami. Dzięki temu można przez długi czas funkcjonować na Uniwersytecie nie wychodząc przy tym na zewnątrz (szczególnie to przydatne, gdy pogoda nie dopisuje). Na tym Uniwersytecie istnieje wiele małych udogodnień, które tworzą przyjazną dla studentów atmosferę. Jednym z takich udogodnień są rozłożone na korytarzu przy bibliotece wielkie poduchy, na których zmęczeni studenci mogą sobie zrobić drzemkę.
Zobaczyliśmy też najstarszy budynek wydziału prawa (mały biały domek), gdzie dziś siedzibę ma Harvard Law Review, którego redaktorem naczelnym swego czasu był Barack Obama.
Wchodziliśmy do sal wykładowych – jedną z nich można zobaczyc tu – film. Ze względu na niedzielę wszystkie były puste, oprócz jednej, gdzie tego dnia było zaplanowane spotkanie z Guido Calabresi, sędzią Sadu Apelacyjnego Drugiego Okręgu, byłym dziekanem Yale Law School, jednym z twórców ekonomicznej analizy prawa. Spotkanie miało tytuł „Co ma zrobić sędzia-katolik, kiedy prawo jest złe?” i było niezmiernie ciekawe. Michał mówił, że był to jeden z najciekawszych wykładów od czasu, kiedy tam studiuje.
Pełni radości z powodu tego wszystkiego, co się nam przydarzyło, wróciliśmy do Bostonu, a stamtąd do New Haven. Jeszcze przed wyjazdem wstąpiliśmy do księgarni, żeby kupić książki, o których rozmawialiśmy z Michałem. Jak je przeczytamy, trochę o nich napiszemy. Zapowiadają się naprawdę ciekawie.
Trzeba przyznać, że gdyby nie Michał, wielu z tych rzeczy nie moglibyśmy zobaczyć. Dlatego jeszcze raz, Michale, dziękujemy.
Wszystkie zdjęcia z pobytu w Cambridge można znaleźć tutaj.
Jutro jedziemy na kolejną wyprawę. Tym razem na południe. Chcemy zwiedzić Princeton, odwiedzić amerykańską Częstochowę, a potem zostać na prawie dwa dni w Filadelfii. W drodze powrotnej zahaczymy jeszcze o Atlantic City, skoro Bartek polecał to miejsce.




